Kościół

Aktualizacja: wrz 19

Pytanie o sens uczestniczenia w życiu Kościoła staje się dzisiaj niezwykle zasadne.

Zdaniem niektórych teologów i socjologów religii część wiernych w poszczególnych wspólnotach trzyma jedynie obrzędowość, kulturowo związana z ważnymi etapami życia: narodzinami (chrzty), związkiem z drugą osobą (śluby) i śmiercią (pogrzeby).

Powodem rezygnacji z praktyk religijnych bywają m.in. moralne kryzysy duchowieństwa, choć niekiedy są one też usprawiedliwieniem dla wcześniejszego rozluźnienia więzi z kościołem np. z powodu odmiennych interpretacji norm etycznych. Najbardziej dramatyczne są jednak odejścia z Kościoła osób, które usiłowały swoje wspólnoty naprawiać i zderzyły się z mocą systemu kościelnego, który skutecznie je wykluczył. Rośnie też liczba tych, co zawsze będąc "letni"odchodzą w obojętność niewiary. Dobrze wiedzą o tym ewangeliści z różnych kościołów, którzy choć zazwyczaj nawracają nawróconych, czasami jakimś cudem dotrą do rzeczywiście niewierzących słuchaczy, a nie wiernych z innych kościołów. Spotykają się wówczas w większości nie tyle z wrogością, co z obojętnością, podobną tej jakiej doświadczył Apostoł Paweł u Ateńczyków. "Posłuchamy Cię innym razem" - słyszą od najbardziej życzliwych. Czy kościoły mają więc jeszcze jakiś sens? To pytanie zadają sobie także najbardziej wierni z wiernych. Pokusa indywidualizmu w relacji z Bogiem jest spora. "Po co mi kościół? - pytają." No właśnie, po co?

Faktycznie wiele osób potrafi się dzisiaj bardzo dobrze obejść bez organizacji kościelnej rozumianej jako wspólnota wierzących w Boga, kierowana przez mniej lub bardziej zhierarchizowane struktury z udziałem lub przywództwem pasterzy (księży, pastorów, rad parafialnych, rad starszych itp.). Budowanie przyjaźni z Bogiem bez Kościoła staje się dla odchodzących nie lada wyzwaniem, nie jest jednak w dzisiejszych czasach niemożliwe. Oczywiście oponenci wskażą jak ważne w relacji z Bogiem są kontakty z ludźmi, ale przecież można je pielęgnować będąc także poza Kościołem. Zawsze znajdziemy też osoby, które niezadowolone z jednej wspólnoty wybiorą inną, czasem wielokrotnie zmieniając swój kościelny port w poszukiwaniu sensownego duszpasterza, sympatycznych współwyznawców albo np. pięknej, odpowiadającej im oprawy muzycznej.

Kościół to jednak coś więcej niż nawet najbardziej zgrana wspólnota ludzka skierowana ku Bogu. To coś więcej niż lud wspólnie kroczący do Boga. Kościół przedstawiony w Biblii stwarza każdemu z wierzących niezwykłą szansę nie tylko na spotkanie Boga, ale wręcz na bycie z Bogiem... w jednym ciele. Ta konsekwencja wcielenia (gdy Słowo stało się ciałem w Chrystusie), przekracza ludzki wymiar każdej kościelnej wspólnoty, nawet "najfajniejszej z fajnych", oferując niezwykłą relację z Bogiem, Mogę z Nim być w jednym ciele, które On współtworzy ze mną oraz z innymi członkami Kościoła. Pisze Apostoł Paweł w Liście do Rzymian: Jak w jednym ciele mamy liczne części, a każda z nich spełnia inne zadanie - tak też my liczni razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, będąc dla siebie nawzajem częściami (Rz 12,4-5), a Liście do Kolosan dodaje na temat roli Chrystusa: On jest Głową Ciała - Kościoła (Kol 1,18).

W tym kontekście słowa Pawła Apostoła na temat świątyni Ducha (Boga) jaką może być każdy wierzący (np. I Kor 3,16) nabierają także wymiaru wspólnotowego. To "jedno ciało" współtworzone przez Boga i innych (niż ja) wierzących pozwala mi być wraz z innymi świątynią, w której mieszka Bóg. Nawet jeśli wydaje mi się, że staję przed Nim samotnie, to w istocie w najgłębszym wymiarze jestem z Bogiem "w jednym ciele" razem z innymi, a także dzięki innym wierzącym. Ta wspólnota z innymi (niż ja) jest zarazem moim bogactwem. Choć śpiewać nie zawsze potrafię, to jednak śpiewam Bogu razem z innymi (niż ja) wierzącymi kantorami pieśń najbardziej osobistą, codziennie nową, nawet w najbardziej trudnych chwilach. Choć nie potrafię grać na każdym instrumencie, to jednak gram Bogu razem z innymi (niż ja) wierzącymi wirtuozami instrumentów wszelakich muzykę piękną jak szum łagodnego wiatru. W tym "jednym ciele", pełniąc swoją służbę, w istocie uczestniczę w służbach innych (niż moja) wierzących. Mówię, cierpię i kocham z innymi (niż ja) tworząc "jedno ciało" z Bogiem, który mówi, cierpi i kocha będąc razem ze mną i innymi "w jednym ciele". To właśnie Kościół.

Ale jest w tej intymnej wspólnocie z Bogiem jeszcze inny ważny wymiar. To "jedno ciało", które tworzymy z Chrystusem, dzięki Jego obecności niesie w sobie "wydanie (śmierć) za wielu" i zarazem przynosi "życie (zmartwychwstanie) dla wielu". Tak wygląda fundament "jednego ciała" - Kościoła. Jest to więc wspólnota otwarta na innych (niż my) tak, a nie inaczej wierzących lub wciąż jeszcze poszukujących Boga. Bycie "w jednym ciele" z Bogiem nieskończonym, nieogarnionym, przekracza konfesyjne wyobrażenia. Każe zastanowić się nad sensownością granic wyznaczonych przez poszczególne denominacje, przekonane niekiedy o swojej wyjątkowości, posiadaniu monopolu na prawdę o drodze do zbawienia, strzelające do osób innych (niż ich członkowie) z biblijnych cytatów zinterpretowanych wykluczająco. Bo przecież konstytucją bycia "w jednym ciele z Bogiem" razem z innymi (niż my) są słowa Chrystusa: "abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja was umiłowałem", czyli do końca, bez warunków wstępnych, kiedy jeszcze byliśmy daleko...

Taką oto niesamowitą przygodą może być opisany w Biblii Kościół - wspólnota, dzięki której jestem "w jednym ciele" z Bogiem oraz innymi ludźmi. Warto więc podjąć starania, by codziennie ten kształt Kościoła w sobie i wokół siebie odkrywać.

223 wyświetlenia

FOLLOW ME

  • Facebook Classic
  • Twitter Classic
  • c-youtube

© 2023 by Samanta Jonse. Proudly created with Wix.com